#17 – JAK NAUCZYĆ DZIECKO ZARABIAĆ? – spotkanie z Maciejem Gnyszką

Siedemnasty odcinek Podcastów Tato.Net! A w nim rozmowa z Maciejem Gnyszką,  który opowie o tym, jak zachęcić dziecko do inwestowania i pomóc mu zarobić pierwsze pieniądze.

Maciej to założyciel Towarzystw Biznesowych i pierwszej polskiej agencji fundraisingowej, a dla nas przede wszystkim tata Maksymiliana, Antoniego, Marii i Zuzanny.

Z tej rozmowy dowiesz się:

  • Jak odpowiedzieć dziecku na pytanie: „Tato, jak mogę zarobić pieniądze?”
  • Czy płacić za obowiązki domowe i czy dawać kieszonkowe?
  • Jak obronić się przed znanym nam wszystkim: „Tatooooo, a kupisz…?”

 

Podcast prowadzi Maciej Kucharek – trener Tato.Net, przedsiębiorca, mówca i dziennikarz, tato x 5.

Dołącz do unikalnej społeczności ojców, którzy poszukują najlepszych praktyk w budowaniu zdrowej rodziny.
➡️ Zapisz się na bezpłatny newsletter Tato.Net: https://tato.net/newsletter
➡️ Dołącz do Ojcowskiego Klubu lub załóż nowy: https://tato.net/ojcowskie-kluby/
➡️ Zapisz się na WarszTaty: http://tato.net/warsztaty/
➡️ Dołącz do Forum Tato.Net: http://forum.tato.net/
➡️ Przekaż 1,5% podatku Tato.Net: https://tato.net/wesprzyj-tato-net/1-5-procent-podatku
➡️ Złóż darowiznę: https://tato.net/wesprzyj-tato-net/

Warto… rozdzielić pulę rzeczy obowiązkowych, wynikających z faktu zamieszkiwania pod jednym dachem od puli zajęć dodatkowych…

Moja tarcza na zachcianki to jest właśnie tarcza inwestycyjna. To znaczy, oblicz sobie, ile za 30 lat będziesz miał z te niewydane 10 złotych. I powiem ci, że nasze doświadczenie z zachciankami – jego nie ma. W sensie, bez względu na to, czy my jesteśmy w sklepie, czy my jesteśmy nad morzem, w górach czy gdziekolwiek indziej, nie mamy rzeczywiście scen…

Kiedyś miałem takie stoisko charytatywne z kalendarzami na rzecz hospicjum dla dzieci i chłopcy się bardzo angażowali w sprzedaż tych kalendarzy…

– Dzień dobry! Witamy w ojcowskim podcaście! Medal na szyję dla każdego taty, który nas słucha. Świetny wybór. A głośne fanfary dla wszystkich, dla których efektywność rodzicielska i relacje w rodzinie są tak ważne jak dla nas. Dziś udzielimy sobie odpowiedzi na pytanie, jak nauczyć dziecko pracować. Jak nauczyć je obowiązkowości, odpowiedzialności.

Ale najpierw [dźwięk dzwonka] autopromocja. Idzie wiosna i lato, idą ciepłe dni, czyli idzie czas Wielkich Przygód. Drogi Tato, odmień i wzmocnij relacje z dzieckiem. Zabierz je na kilka dni na kajaki, na wspinaczkę, na górską wędrówkę. To jeden z naszych flagowych programów – Wielka Przygoda. Sprawdź, gdzie pojechać w najbliższych miesiącach na >> tato.net/warsztaty. I drugi temat. Jeżeli podoba Ci się nasz podcast, postaw nam kawę na >> zrzutka.pl/tatonet. Nie będziemy ukrywać, że utrzymujemy się i pracujemy dzięki Waszej hojności, a więc, Panowie, solidarnie, to może być nawet duża kawa, jak chcecie. W gronie sensownych ojców bardzo prosimy, zrzućcie się. Dziękujemy.

Autopromocję zakończyłem wątkiem pieniężnym i poniekąd o pieniądzach będzie też dzisiaj, ale tylko poniekąd. Naszym gościem jest Maciej Gnyszka, założyciel Towarzystw Biznesowych i pierwszej polskiej agencji fundraisingowej, a dla nas przede wszystkim tata Maksymiliana, Antoniego, Marii i Zuzanny. Cześć, Maciej.

– Witam cię, Maćku!

– Powiedz mi, czy uczysz swoje dzieci pracować?

– Tak, staram się je uczyć pracować, pamiętając o tym, co mam na magnesie na lodówce napisane. Mam taki magnesik z Tato.Net, o tym, że dzieci uwielbiają naśladować to, co robią rodzice, a niekoniecznie to, co rodzice mówią. Więc przede wszystkim staram się je z żoną uczyć swoim przykładem.

– Jaki jest twój przykład?

– Mój przykład jest taki, że dzieci widzą różne rodzaje pracy. W związku z tym, że dzięki covidowi odkryłem, że o wiele więcej mogę pracować z domu niż to było przed covidem, to dzieci mogą widzieć zarówno to, jak pracuję wspólnie z kimś na Zoomie w formie spotkania online, ale także w formie na przykład spaceru z kimś, na którym coś tam omawiamy albo w formie spotkania, na które muszę pojechać. Ale równocześnie dzieci mogą zauważyć taką pracę, powiedziałbym, głęboką, osobistą, sam na sam, nie wiem, z komputerem czy z notesem albo telefonem, w formie rozmów. No ale także taką, wiesz, pracę koncepcyjną pod tytułem uczę się, czytam książkę, z której się uczę i na podstawie której coś sobie wymyślam. Te wszystkie rodzaje pracy dzieci mogą zobaczyć.

– A czy ty sobie zrobiłeś taki świadomy rachunek sumienia związany z tym, jak podchodzisz do pracy? No bo faktycznie jesteś przykładem i z tego, co powiedziałeś, no to dzieci widzą, że jest pewna swoboda, jeśli chodzi o miejsce, w którym wykonujesz pracę. Jest miejsce na to, żeby się skupić i pracować koncepcyjnie. Czy coś jeszcze? Ponoć etos pracy dzieciaki biorą od nas.

– Tak, etos pracy, oczywiście, i to jest tak naprawdę odpowiedź na pytanie – czy najpierw przyjemności, czy najpierw praca; czy najpierw obowiązki, a później przyjemności. Oczywiście, w moim przypadku to jest trochę zaburzone, bo dla mnie praca jest wielką przyjemnością, ale oczywiście o tym rozmawiamy. I też dążę ku temu, żeby w ich oczach pracy nie stygmatyzować. To znaczy, jeżeli w ich przypadku praca to jest głównie nauka albo rozwijanie jakichś tam swoich pomysłów, no to żeby właśnie poprzez taki podział – najpierw praca, potem przyjemności – żeby nie stygmatyzować pracy jako czegoś takiego, wiesz, no muszę szychtę odwalić, muszę szychtę odwalić, więc odwalam bez przyjemności.

– No ale jednak najpierw praca, no nie?

– Tak, właśnie o tym mówię.

– Najpierw obowiązki, a potem przyjemności, czy odwrotnie?

– Nie, najpierw obowiązki, później przyjemności, oczywiście, dlatego że obowiązki przybliżają nas do jeszcze większych przyjemności. Nie?

– A w jaki sposób?

– No wiesz co, na przykład udało mi się dzieci zainspirować w kierunku takim, powiedziałbym, ekonomiczno-inwestycyjnym. No i wiesz, i dziecko wtedy staje – jeżeli zaczyna rozumieć na przykład to, że nie ma takiego 10-letniego odcinka czasu, gdzie można było na giełdzie stracić, no to siłą rzeczy zaczyna się stykać z horyzontem na przykład dłuższym niż jego aktualne życie. No bo jak taki siedmiolatek ma 7 lat, to dla niego informacja – stary, wystarczy, że poczekasz 10 lat i jesteś zarobiony na stówę bez względu na to, co się wydarzy po drodze. To wiesz, to dla…

– Przecież to jest nieosiągalne dla jego głowy.

– No więc, wiesz, to bywa nieosiągalne, natomiast jeżeli ma w swoim otoczeniu na przykład dziadków, jeżeli ma w swoim otoczeniu tatę, którego postrzega no może nie jako dinozaura, ale jeżeli ten tata pamięta czasy, gdy nie było w domu telefonu stacjonarnego, a tym bardziej komórek i internetu, no to zaczyna się rozmowa: „Ale co to tak naprawdę jest te 10 lat? Ile ja będę miał lat, gdy minie 10?”. I wywiązuje się rozmowa. A z tej rozmowy właśnie wywiązuje się jego osobista percepcja czasu i percepcja nagrody teraz, versus jeszcze większej nagrody w przyszłości. To pamiętam, gdy chłopcy zaczynali inwestować, to od razu zobaczyłem taką różnicę między jednym a drugim, gdzie pierwszy ma większą skłonność takiego otwarcia i percepcji długiego horyzontu, a drugi ma mniejszą, bo na przykład ten pierwszy, czyli Maksio, gdy dzielił na początku – przed swoją pierwszą inwestycją musiał siłą rzeczy dokonać podziału – „To sobie zostawiam w gotówce, będę miał to sobie w szafce na jakieś tam ewentualne wydatki, a to inwestuję”. No to on zainwestował więcej, większa część jego portfela to były akcje, a mniejsza część to była gotówka. U Antosia odwrotnie, ale co było ciekawe i to też jest ten element nauki – gdy nastąpiła pierwsza wypłata dywidend i chłopcy się do mnie zgłosili. No i okazało się, że Maksio z tych dywidend uzyskał więcej gotówki. No to Antoś od razu spytał: „Ale dlaczego Maksio ma więcej?” „No bo Maksio więcej zainwestował”. „A no to ja też chcę więcej, to ja już tutaj przychodzę z kolejną porcją gotówki i ja chcę więcej”. Nie? I chwilę później…

–  A czy przyszedł potem następny miesiąc, kiedy już nie było tak dobrze i była strata? I chłopaki zorientowali się, że kupka pieniędzy maleje?

– Nie. Wiesz co, oni mają bardzo dojrzałą percepcję, co mnie zaskoczyło, ponieważ, wiesz, tu mamy dwa komponenty. Pierwszym komponentem jest kwartalny przychód z tytułu dywidend. No i dziecko to postrzega po prostu. No przychodzę, tata mi daje pieniądze, bo te pieniądze przyszły do taty. No i okej, zarobiłem, dziękuję, do widzenia. Oczywiście, interesuje ich zmiana wartości ceny akcji, czyli tak naprawdę wartości ich portfela. Ale uwaga, w odróżnieniu od dorosłych, mają jej zupełnie inną percepcję, taką, o jaką dorośli się starają poprzez szkolenia, słuchaj. Ponieważ pamiętam, gdy pierwsze swoje akcje kupili, no i w zasadzie chwilę później one zaczęły spadać. No i dzwonią do mnie chłopcy, gdy byłem w pracy i mówią: „No, cześć tata, słuchaj, sprawdzaliśmy notowania, akcje spadają”. Ja mówię: „No to źle, czy dobrze?” No i chłopcy mówią: „Nie, no, świetnie”. „A dlaczego świetnie?” „No bo przecież będzie można je kupić taniej, a dywidenda jest taka sama”. No wiesz. Dorośli, żeby mieć taki mindset, żeby nie panikować, gdy spada, to dają ciężkie pieniądze na szkolenia. A moi synowie mają to jak gdyby w standardzie, ponieważ ich percepcja została ukształtowana przez rozmowy ze mną i lektury. I oni się cieszą, gdy spada. No bo wiesz, bo jeżeli akcję potraktujesz jako coś, co w horyzoncie dłuższym niż 5 lat na bank na ciebie zarobi. Więc w ogóle jeżeli przychodzisz z krótszym horyzontem, to w ogóle wiesz, w złe miejsce przyszedłeś. Ale jeżeli przychodzisz z takim, a oni przychodzą z perspektywą 30-letnią, no to naprawdę cię nie obchodzi, co się wydarzy po drodze. I jeżeli patrzysz na akcje jako na takie coś, co ci generuje co kwartał pieniądze. To jeżeli to ci generuje dla przykładu 2 złote co kwartał, tak, pojedyncza akcja, to jeżeli możesz ją kupić o połowę taniej, no to super, bo normalnie ją kupisz za 10 złotych, ona ci płaci co kwartał 2 złote, a teraz w sklepie jest promocja, możesz kupić za 5. W cenie 10 złotych sobie kupisz 2 sztuki. No zarąbiście. W sklepie, wiesz, w sklepie się każdy cieszy, gdy jest głęboka promocja. Na giełdzie ludzie dostają małpiego szału, gdy jest promocja. Więc to tak odnośnie horyzontu, percepcji i tak dalej. I to był cały proces, gdzie – zwróć też jeszcze uwagę, że – uczą się od siebie nawzajem. Ten element: „O, ja chcę tyle, ile Maksio. Dlaczego ja tyle nie mam?”.

– Płacisz za obowiązki domowe?

– Nie, nie płacę za obowiązki domowe, obowiązki domowe są obowiązkami i ilekroć, że tak powiem, hydra chciwości podnosi głowę u dzieci, no i pytają: „No dobrze, no rozwiesiliśmy pranie i co za to będzie?” Moja odpowiedź niezmiennie jest: „No za to macie kolejny miesiąc zwolnienia z czynszu za eksploatację waszych pokojów. Macie to w gratisie”.

– Wow! Wiesz, ja zawsze myślałem o tym w ten sposób, że jak idę do pracy, to jednym ze sposobów, w którym dostaję gratyfikację za to, że pracowałem, są pieniądze. I teraz, skoro wysyłam moje dzieci do pracy, bo rozwieszają pranie, to jednym ze sposobów gratyfikacji jest… No co, jak nie pieniądze?

– Wiesz co, to ja dokończę, bo jedną z form gratyfikacji jest to, że okej, wszyscy musimy chodzić w coś ubrani, więc to coś musi być uprane, musi być wysuszone. Jeśli nie chcecie chodzić na golasa, no to ja udostępniam za darmo pralkę, udostępniam za darmo proszek, udostępniam za darmo prąd do poruszenia pralki i także udostępniam za darmo suszarki, na których możecie sobie wysuszyć. To jest, jak gdyby nie ponosicie żadnych kosztów, więc i tak już jesteście zarobieni, nie? I to jest jeden element.

– To Maciek, idźmy dalej, a jak nie wypiorą to będą… puścisz ich nago?

– Jak nie wypiorą, będą chodzili w pobrudzonych.

– Jesteś na to gotowy? Spoko.

– Absolutnie. Moja mama nie jest na to gotowa, moja żona nie jest na to gotowa. Ja jestem na to absolutnie gotowy [śmiech]. I bywały już takie sytuacje. Natomiast oczywiście wiem, do czego dążysz. I jest element, ale jest to element zaskoczenia. Czyli na przykład: „Słuchajcie dzieciaki, jest duża sterta prania do rozparcelowania”. Mamy czwórkę dzieci, no to rzeczywiście bywają te sterty. Śmiejemy się, nawiązując do klasyka YouTube’a, „styrty” o nich mówiąc. Kto nie słyszał na YouTubie, że styrta się pali, to polecam. Więc mówimy o nich per styrty. I wiesz, bywa tak, że gdy już wykonają jakąś pracę, ja mówię: „No to słuchajcie, zapraszam do mnie do gabinetu, ponieważ… mam coś dla was”. No i wiesz, wtedy jest bonus, ale bonus jest niezapowiedziany, losowy, randomowy. To nie można powiedzieć, że co trzecią robotę coś jest. Nie, absolutnie losowo, żeby nie było przyzwyczajania się, tak? No i w ramach bonusu zawsze daję im do wyboru: gotówka albo aktywa.

– Czym są aktywa?

– Aktywa to jest na przykład pojedyncza akcja. Z grona spółek, które mają w swoich portfelach jest na przykład jedna spółka, której akcje są na polskiej giełdzie notowane między 3 a 4 złote za sztukę. No i super. Wiesz, jest to akurat tego typu rząd wielkości, a to jest bardzo porządna spółka, uważam, że bardzo perspektywiczna, tak że płaci dywidendę. Więc wiesz, dla każdego po jednej akcji albo, jeżeli wolicie, nieco mniej, ale w gotówce.

– Co chłopaki wybierają? Chłopaki i, przepraszam, i Maria. Nie wiem, w jakim wieku jest Maria, czy to jest…

– Tak, Marysia. Zuzia jest za mała, Zuzia ma roczek z kawałkiem. No, co ciekawe, z początku nie do końca było to dla nich jasne i widziałem, że się naradzali sami ze sobą, co powinni wybrać. Dzisiaj generalnie zawsze, ilekroć daję wybór, to zawsze biorą akcję. Nigdy gotówkę.

– Kiedy przychodzą wakacje, moje dzieci są już przyzwyczajone do tego, że przy naszej uliczce wiejskiej będziemy rozstawiać sklepik. Czyli robimy lemoniadę, pieczemy ciastka. One mają takie jakieś bransoletki albo coś zrobionego z koralików, co się prasuje i potem jest ozdobą i może być podkładką pod kubek. Trochę tego jest. Wystawiamy to, robimy baner, czyli wielki karton, na którym piszemy: „sklepik”, „kup” i inne hasło reklamowe. Siedzimy tam kilka godzin, czekamy aż ktoś się zatrzyma i kupi. Jest to bardzo wdzięczny sposób sprzedaży. Żałuję, że ja tak nie potrafię w dorosłym życiu, bo ktoś przyjeżdża i mówi: „Poproszę to ciastko, ile kosztuje?” „2 złote” „A to masz tu 50. Nie wydawaj” [śmiech rozmówcy]. No bo te dzieci jednak…

– No tak.

– No na mnie tak nie reagują, mimo szczerych prób. Niemniej jednak, to jest sposób, moja odpowiedź na pytanie, jak mogą zarobić, to jest właśnie to. Oni dają z siebie pieczenie ciastek i robienie lemoniady. Ale ostatnio powiedziałem im: „Słuchajcie, najwyższa pora, żebyście ponieśli też koszty. Mąka kosztuje X, cukier kosztuje Y”. No, nie spotkało się to z entuzjazmem, bo zorientowali się, że przychód będzie niższy. No ale jest to też jakiś sposób.

– Tak, absolutnie tak. Moi nie mają jeszcze sklepikowych doświadczeń tego typu, natomiast na różnych eventach, które bywa, że organizuję, już mieli analogiczne jakieś doświadczenia, no bo na przykład na jednym evencie licytowali swoje prace z ceramiki. To jedna rzecz. A druga rzecz, kiedyś miałem takie stoisko charytatywne z kalendarzami na rzecz hospicjum dla dzieci i chłopcy się bardzo angażowali w sprzedaż tych kalendarzy. I hasło reklamowe to było „kupujcie u nas”. Więc tak, wiesz, tak nie bardzo straight forward.

– Mocne. Bardzo wprost.

– Absolutnie. No i, ale jeszcze druga rzecz to, słuchaj, gdy miała się narodzić Zuzia, półtora roku temu, chłopcy wpadli na pomysł, że stworzą makietę kolejową. Na cześć Zuzi. Oczywiście, zakładam, że bardziej im chodziło o frajdę robienia makiety. I to było ciekawe doświadczenie, które myślę, że mógłbym polecić, ponieważ… Ja mówię: „Dobrze, to panowie, opracujcie, czego wam potrzeba, sprawdźcie w internecie, ile to kosztuje i tak dalej, trzeba będzie złożyć jakiś budżet”. No i wiesz, Allegro przeszukali wzdłuż i wszerz i inne okoliczne sklepy internetowe. Okazało się, że budżet projektu to 7,5 tys.

– Uuu! Trochę sporo [śmiech].

– Trochę sporo [śmiech], więc mówię: „Ja tego nie dofinansuję w tym wymiarze, więc na pewno będziecie musieli pomyśleć o finansowaniu zewnętrznym. No ale po drugie, to i tak obiektywnie jest ich sporo, więc musicie zrobić kolejne przybliżenie i zastanówcie się, co jest konieczne, a co jest nice to have. Co jest must have, a co jest nice to have”. Zrobili iterację numer 2, budżet spadł do 2,5 tys. albo 3 tys., jakoś tak mniej więcej o połowę ścięli. I później mówię tak: „Słuchajcie, wciąż jest to spory budżet, nie chciałbym być jedynym kapitałodawcą. Ale słuchajcie, jest dobra wiadomość. Jakiś czas temu założyłem wam fanpage’e, bo pewnie za 20 lat będziecie potrzebowali. Już tam paru moich znajomych was śledzi. I pora na lekcję pod tytułem <Mam fajny pomysł, chcę coś zrealizować. Chciałbym tobie coś zaoferować, drogi kapitałodawco, w ramach tego projektu>. Wymyślcie, co możecie ludziom dać, jeżeli będą chcieli w tym partycypować. Podzielcie się tym projektem, w znaczeniu takim, że opowiedzcie o nim, opowiedzcie o planie. No i poproście o to, by być może inni chcieli wziąć w tym udział i powiedzcie, co mogą otrzymać, gdy wezmą udział. No i słuchaj…

– Maćku, a oni chcieli zrobić tę makietę, żeby na niej w jakiś sposób zarobić?

– Nie.

– Czy oni po prostu mieli ochotę zrobić makietę kolejową?

– Mieli ochotę zrobić dużą, kilkumetrową kwadratową makietę kolejową. Ona ma ze 4 metry kwadratowe. Z okazji narodzin Zuzi.

– I co oni zaproponowali twoim znajomym czy waszym wspólnym znajomym na Facebooku? Co powiedzieli? Jak to przedstawili?

– Oni zaproponowali podziękowania na Facebooku oraz możliwość zwiedzania makiety, w sensie obejrzenia makiety, gdy już zostanie złożona. W związku z tym, że makieta była za duża, by ją przetransportować, zamieniliśmy na kilkunastominutowy film, na którym opowiadają o różnych częściach makiety, bo tam na tej makiecie się sporo dzieje. W jednym miejscu został porwany facet, w innym miejscu jego ciało zostało wyrzucone z samochodu. No generalnie na tej makiecie się dzieje bardzo dużo [śmiech]. Aż sam byłem zaskoczony.

– Wow! Maćku, czy oni dostali jakieś dofinansowanie? W sensie, czy byli jacyś kapitałodawcy i czy ta makieta powstała, i na jakim to jest etapie?

– No słuchaj, ja byłem w szoku, ponieważ zebrali tyle, ile potrzebowali.

– Wow! I powstała makieta?

– Makieta powstała, filmy został nagrany, opublikowany na ich fanpage’ach, jeszcze nagrali parę rolek. Nagraliśmy dłuższy film, gdzie opowiadają, jakoś tak centymetr po centymetrze, co tu się dzieje i tak dalej, zbliżenia. Absolutnym szokiem była dla mnie jedna pani, której ja nie znam. Absolutnie nie wiem, kto to jest. No musi mnie albo żonę w internecie śledzić. I pamiętam, brakowało im paru stów do domknięcia tematu torów. No i pani przez serwis zrzutka.pl wrzuciła, nie wiem, z 5 stów z komentarzem: „Na tory, żeby już nie brakowało”. Więc absolutnie przerosło to moje oczekiwania, a mam spore doświadczenie, jeśli chodzi o te klocki. Tym bardziej było to budujące też doświadczenie dla dzieci, bo z jednej strony ludziom w wieku 50+ sytuacja, w której zapraszasz innych do partycypowania w twoim projekcie kojarzy się z żebraniem, ergo, wiesz…

– Trochę.

– „No, stary, chcesz to zrobić, to najwyżej wypruj sobie flaki, ale zrób to sam. Broń Boże, z nikim się tym nie dziel”. Przecież w Polsce każdy musi być Napoleonem, wszystko musimy zrobić sami. To jest taki jeden paradygmat. A drugi paradygmat w młodym pokoleniu jest taki, że ja tam potrzebuję nie wiadomo ile. Jak tego nie mam, to nawet nie zaczynam. A tu było coś pomiędzy. No dobra, na początku potrzebujemy bardzo dużo. No ale może urealnijmy to, zacznijmy z tym, co mamy, opowiedzmy o tym, może kogoś to zainteresuje, a może nie. To, co ode mnie otrzymali w pakiecie, to pierwszą wpłatę i udostępnienie poprzez moje media społecznościowe, że u nich się coś dzieje. No i wiesz, i potrafili tym zarządzić.

– Hmm… Wyobraźmy sobie teraz sytuację, że siedzisz w swoim gabinecie, przychodzi którekolwiek z dzieci i mówi: „Tato, jak ja mogę zarobić trochę pieniędzy?”. Co odpowiadasz?

– Ja wtedy odpowiadam: „Po pierwsze, poszukaj ludzi, którzy mogą je mieć”. Bo generalnie, bez względu na to, jakie usługi kto będzie świadczył…

– Ale to złodziejowi powiedziałbym to samo.

– Oczywiście, oczywiście. I chwilę później druga rada już odróżni od scenariusza złodziejskiego.

– Uff.

– Bo wiesz, bez względu na to, czy jesteśmy złodziejem, czy jesteśmy usługodawcą, no generalnie powinniśmy kooperować z kimś, kto ma [śmiech] coś, na czym nam zależy, prawda?

– [śmiech] Jest to różna kooperacja, przyznaję, ale generalnie tak.

– Jest to radykalnie różna kooperacja i ciężko tę pierwszą nazwać kooperacją. Natomiast zdecydowanie jeden i drugi – i przedsiębiorca, i złodziej – powinien operować tam, gdzie są zasoby. No więc, jeżeli znajdziesz kogoś, kto ma zasoby, no to następnie powinieneś siebie samego, ale także i jego, spytać, czy przypadkiem między wami nie ma sytuacji takiej, że on czegoś potrzebuje, czego nie ma albo na co nie ma czasu, a ty akurat masz albo czas, albo kompetencje. No i jeżeli coś takiego jest, no to następnie w drugim kroku możecie obaj sobie zadać pytanie, ile to jest warte dla niego i czy to, ile to jest dla niego warte, sprawia, że ty też chciałbyś się po to schylić. No i jeżeli tak, jeżeli tak, to jest o czym porozmawiać. W naszej praktyce domowej takie sytuacje na przykład się kończą tak, że nie wiem, Maksio przygotowuje Oleńce prezentację w PowerPoincie na przeróżne wydarzenia, które jako Mama Ziołolog w internecie organizuje. Albo montuje jej rolki. A ostatnio Antoś, podpatrując Maksia, jak Maksio montuje rolki i nakłada napisy, sam się tego nauczył i dla mnie zrobił dwie rolki. Więc w naszym, że tak powiem, ekosystemie to jest to, więc w obrębie domu mogą takie negocjacje czy szukanie pomysłów, w czym ja mogę być innym pomocny, już mają jakiś tam potencjał.

– A dam ci jeszcze jeden scenariusz. Co byś powiedział na taki scenariusz: „Tato, tato, jak mogę zarobić trochę pieniędzy?”. I odpowiedź taty: „Co lubisz robić tak bardzo, że możesz to robić cały czas i wychodzi ci fajnie? Przykład. Dziewczynka, która robi bransoletki z koralików. I one są naprawdę ładne. I wtedy może chciałabyś zrobić takich bransoletek 10 sztuk. Najładniejszych, jakie potrafisz. A potem znaleźć kogoś, kto chciałby je kupić”. Co sądzisz o takim podejściu?

– Absolutnie jestem za tym. I ryzyko, jakie tutaj widzę – oczywiście, od razu poszedłbym w internet. Od razu poszedłbym w internet, no bo siłą rzeczy w sąsiedztwie zbiór ludzi, którzy marzą o bransoletkach szybko może się wyczerpać. Natomiast tutaj ryzyko jest takie, że może dojść do zawodu, ponieważ, wiesz, jeżeli się okaże, że rynek chciałby czegoś innego, to znaczy, że, nie wiem, te bransoletki powinny być innego koloru albo innego rozmiaru koraliki powinny być albo cokolwiek innego. No to producentka bransoletek zostanie z magazynem bransoletek i będzie zawiedziona. Oczywiście, to będzie bardzo fajna lekcja pod tytułem „Słuchaj, to, że rynek nie chce tego, co akurat zrobiłaś, oznacza tylko tyle, że w tej chwili rynek nie chce tego, co zrobiłaś. Co nie oznacza, że w przyszłości nie będzie chciał. A po drugie, to nie oznacza, że… Dziękuj tak naprawdę za informację zwrotną dotyczącą tego, na co kto ma ochotę”.

– A lepiej byłoby, gdyby, mając już ten pomysł, gdybyśmy wiedzieli, że to będą bransoletki, zrobić kilka projektów, narysować, co kosztuje znacznie mniej czasu i zapytać, zrobić badanie rynku „Czy to dobre bransoletki?”.

– Oczywiście, tak. Ja bym poszedł w kierunku angażowania ludzi w powstawanie produktu i wrzuciłbym zdjęcie pierwszej bransoletki. Słuchajcie, zrobiłam taką bransoletkę dla mamy, mama jest zachwycona, wszystkie jej koleżanki już jej zazdroszczą i tak dalej. Mam pomysł na kolejne i wiesz, robię rysunki i ludzie oceniają: „A tak, ta zielona fajna, ta fioletowa to sobie odpuść”. Nie? I wiesz, i samo to, że ludzie zaczynają dawać ci feedback tak zwany, po staropolsku [śmiech], odnośnie twoich pomysłów na produkt, już też ich zaczyna angażować. Bo potem ktoś już czuje trochę takie zobowiązanie. „No dobra, podpowiadałam Marysi, Zuzi, które bransoletki powinna, a których nie powinna. One już są, są już wyprodukowane. Kurczę, może i jedną kupię”. Nie?

– Dajecie kieszonkowe?

– Nie!

– Uuu! Opowiadaj. Ja słyszałem mnóstwo teorii, że generalnie: „Daj kieszonkowe, bo to uczy dziecko podejścia do pieniędzy i ono się nauczy nimi zarządzać i będzie miało odpowiedzialność za nie”. Mów, dlaczego nie?

– Dobre pytanie. Wiesz co, ja nie mam dobrej odpowiedzi „dlaczego nie”, ponieważ ja nad tym jakoś bardzo długo nie myślałem. Wciąż łudzę się tym, że po prostu mam za małe dzieci, bo Maksio ma jeszcze 11 lat, Antoś ma 9. Za kilka miesięcy się to zmieni. Obaj wzrosną o rok, bo obaj są z września. Natomiast ja sam nie miałem kieszonkowego. I teraz wydaje mi się, w związku z tym, że sam jestem przedsiębiorcą, czyli gościem, który generalnie jest specjalistą w gotowaniu zupy na gwoździu. To znaczy nie ma nic, jest garnek, gwóźdź i woda. I trzeba coś z tego wyczarować. Bo to wiesz, ja jestem przyzwyczajony do tego, ja jestem przyzwyczajony do niedoboru zasobów. I teraz sytuacja, w której mam, wiesz – czy się stoi, czy się leży – regularny przypływ zasobów, to jest dla mnie sytuacja nienaturalna. I po prostu się zastanawiam, na ile jest tak, że kieszonkowe może być dobre dla kogoś, kto w przyszłości nie zamierza być przedsiębiorcą, to wtedy rzeczywiście będzie uczyło go zarządzania tym, co ma i czego nie może powiększyć. Los wielu pracowników najemnych no właśnie polega na tym, że mam określoną pulę na ten miesiąc i koniec, muszę się wyrobić. Przecież nie będę brał dodatkowej pracy, przecież nie będę czegoś tam wymyślał, doba nie jest z gumy. I okej, jest to ważna umiejętność, to też jest ważna umiejętność dla przedsiębiorcy. Tylko że ta różnica z przedsiębiorcą polega na tym, że wiesz, a może obniżę koszty? A może zwiększę cenę? A może wprowadzę upsell? A może zamienię skład produktu? I w zasadzie od jutra te parametry, które mam, będą inne. I tutaj przedsiębiorca ma sprawczość. I tego się od niego oczekuje, i powinien być w dyspozycji takiej do postrzegania rzeczywistości jako czegoś płynnego, na co on sam ma wpływ.

– Dziecko może przyjść do rodzica i poprosić o podwyżkę, tak samo jak zrobiłby pracownik. „Tato, dostaję 10 złotych w tygodniu, chciałbym dostawać 15″. No i przypuszczalnie tata pracodawca może powiedzieć: „No jasne, jest to możliwe. Przy czym jaką większą wartość zaoferujesz mi ty w naszej przestrzeni rodzinnej, typu, no mam tu listę czterech dodatkowych obowiązków domowych, za które gdybyś faktycznie wykonał, no to…”

– Nie, to oczywiście, że tak. Mi się wydaje, że warto, co wiele osób, które kieszonkowe płaci, robi, czyli rozdzielić pulę rzeczy obowiązkowych, wynikających z faktu zamieszkiwania pod jednym dachem od puli zajęć dodatkowych. Przy czym, mi się wydaje, tak z mojego doświadczenia, że chyba lepiej jest działać projektowo, to znaczy okej, mama ma do zrobienia trzy prezentacje, budżetujemy, jest robota do wykonania, proszę bardzo. Nie ma prezentacji? To wymyśl, w czym mógłbyś mi pomóc. Ja ocenię, czy to będzie dla mnie na tyle wartościowe, żeby coś dodatkowego podrzucić.

– Ja słyszałem taką teorię, że jak ktoś daje kieszonkowe, to ma tarczę przeciwko zachciankom. Czyli przychodzi dziecko i mówi… ma kieszonkowe i mówi: „Tato, kup loda”. A tata mówi: „No masz kieszonkowe. To jest właśnie od tego”. A jak do ciebie przychodzi dziecko i mówi: „Tato, kup loda”, to co? To co powiesz? „Tato, kup loda”.

– No ja po pierwsze powiem, że mama nie pozwala, bo ze względów zdrowotnych.

– [śmiech] To jest jeszcze lepsza tarcza!

– [śmiech] Bo ze względów, wielu względów zdrowotnych lody nie. Ale wiesz co, ja mam inną tarczę, bo tak naprawdę moja tarcza na zachcianki to jest właśnie tarcza inwestycyjna. To znaczy, chłopie, oblicz sobie, ile za 30 lat będziesz miał z te niewydane 10 złotych. I powiem ci, że nasze doświadczenie z zachciankami – jego nie ma. W sensie, bez względu na to, czy my jesteśmy w sklepie, czy my jesteśmy nad morzem, w górach czy gdziekolwiek indziej, nie mamy rzeczywiście scen pod tytułem, wiesz, mijamy jakieś tam stoisko i: „Auuuej! Tutaj kup mi to, kup mi to”. Owszem, gdy dzieci mają trzy lata, no to rzeczywiście: łopatka, to wiaderko, piąte wiaderko na plażę. Okej, ale to wydaje mi się absolutnie naturalne, bo po prostu jak w tym wieku z dzieckiem rozmawiać o preferencji czasowej, wiesz, tam 30-letniej, nie? Absurd. Ale patrząc po chłopcach i już nawet patrząc po Marysi, która, pamiętam, przyszła do mnie po kolejnej wypłacie dywidendy ze stówką i mówi: „Tata, kup mi te akcje tam PZU, które ma Antoś i które mu płacą. A jak coś zostanie, możesz sobie zostawić za fatygę” [śmiech].

– [śmiech] Zostałeś wynagrodzony.

– Zostałem wynagrodzony, wiesz, [śmiech] jako biuro maklerskie. No to już nawet u Marysi, która ma lat 6 jest to skojarzenie: „Jeśli nie wydam, a włożę w coś, co mi przynosi pieniądze, to przecież będę miała więcej”.

– Tylko wróćmy jeszcze do tej sytuacji z lodem. Bo czy to oznacza, że jak dziecko mówi: „Tato, loda” i lód, dajmy na to, kosztuje dychę i ty mówisz mu: „Zobacz, co się stanie z tymi pieniędzmi za 30 lat, jeżeli teraz nie wydasz”, to by znaczyło, że ty mu dajesz tę dychę. Ale mówisz: „Możesz kupić lody albo możesz zainwestować”.

– Nie, to jest tak, że po pierwsze u nas jest ban na lody, więc to bardziej możemy oczywiście mówić o batoniku z daktyli czy tam o czekoladzie. Więc wiesz, jeżeli to jest coś dla wszystkich, na zasadzie kupujemy sobie czekoladę gorzką na podwieczorek, no to okej, kupujemy dla wszystkich i tu nie ma żadnej dyskusji, bo to jest, wiesz, ogólnorodzinny, że tak powiem, benefit. Natomiast jeżeli jest jakaś zachcianka, to po pierwsze odpowiedź brzmi: „Masz swoje pieniądze. To jest zachcianka, a nie coś, co ci się należy z tytułu nie wiadomo jakiego, to sobie kup. Ale miej świadomość, tak było na początku, ale policz sobie, czy to ci się rzeczywiście opłaca. Bo zwróć uwagę, że to kosztuje na przykład dwie akcje spółki tej i tej. No a wiesz, ile one ci płacą. A to tak naprawdę za 3 lata masz darmowy batonik”.

– Niezłe.

– A dzisiaj już nie muszę tego podsuwać, bo po prostu nie zgłaszają zachcianek, bo ich nie mają.

– Ja na końcu wrzucę jeszcze jedną rzecz z zachciankami i tak zwanymi drogimi zabawkami. To nie mój sposób, przeczytałem w internecie. Ale jest często tak, że dziecko ogląda jakąś reklamę, widzi jakąś zabawkę i mówi: „Tato, chcę, muszę to mieć”. No i okazało się, że jest pani, która wymyśliła tak zwany współczynnik dobrej zabawy, czyli powiedziała: „Oszacuj, ile godzin będziesz bawiła się tą zabawką i podziel to przez cenę”. I wychodzi jakiś współczynnik.

– Ooo!

– Okazało się, że po kilku takich przykładach najbardziej wartościowym pod tym względem prezentem zabawką była talia kart do gry. No i dziecko wiele się przez to nauczyło. A drugi test, który usłyszałem, to jest test zawiązanych oczu, czyli masz dwa produkty. Badasz ten drogi i badasz ten tani. I na końcu z zawiązanymi oczami, jak nie widać opakowania, kolorów i setki rzeczy, no w zasadzie nie ma znaczenia, które wybierzemy. Prawie że.

– No, to też jest bardzo fajny sposób. Dzięki za podpowiedź.

– No dzielę się ze wszystkimi słuchaczami, bo szykując się do rozmowy z tobą, po prostu znalazłem w internecie. No chciałbym powiedzieć, że to moje, ale nie. Maćku, tu stawiamy kropkę. Dziękuję ci bardzo za rozmowę.

– Ja również bardzo dziękuję.

– Zachęcałeś mnie do tego, żeby to nie była jedyna. Żadnych deklaracji z mojej strony, ale mam ochotę, bo ten temat jest tak szeroki, tak szeroki. Powodzenia w inwestowaniu. Dziękuję ci bardzo.

– Dzięki wielkie i do usłyszenia.