Search
Close this search box.
Search
Close this search box.

#10 – DOGONIĆ NASTOLATKA – spotkanie z Marcinem Rosłoniem

Mamy dziesiąty, jubileuszowy odcinek Podcastów Tato.Net! A jest nim rozmowa z Marcinem Rosłoniem, który opowie o wyzwaniu, jakim jest utrzymanie bliskości z dzieckiem, które staje się nastolatkiem.

Marcin to były piłkarz i mistrz Polski z Legią Warszawa, od prawie 20 lat dziennikarz sportowy, mąż i tata 13-letniej Marysi.

Z tej rozmowy dowiesz się:

  • Jak zachować zdrowy balans między zaufaniem i kontrolą?
  • Jak szukać punktów stycznych w relacji z nastolatkiem, by utrzymać bliską relację?
  • Kiedy warto kupić dziecku… konia?

 

Podcast prowadzi Maciej Kucharek – trener Tato.Net, przedsiębiorca, mówca i dziennikarz, licencjonowany spiker sportowy, tato x 5.

#PodcastyTatoNet #PodcastyOjcostwo #TatoNet

Budowanie tego zaufania opartego, oczywiście, na stresie, na wyczekiwaniu, zastanawianiu się, czy już zadzwonić, czy jeszcze powtórzyć to połączenie, czy napisać… no to dużo mnie to kosztuje, ale staram się być powściągliwy. I choć kocham nad życie, no to zostawiam tę wolną przestrzeń…

Nie chcę przerzucać tego, co było moje na moje dziecko, bo to nie jest jej. Ona ma inny charakter, inne podejście, inną pasję…

Jako ojciec patrzę na nią jak na swój skarb, ale też jak na osobę, którą łatwo skrzywdzić… dlatego tak bardzo dużo rozmawiamy…

– Dzień dobry! Witamy w ojcowskim podcaście. Przybijamy męską pionę każdemu ojcu, który nas dziś słucha i oczywiście jak zwykle ściskamy prawicę każdemu, dla kogo efektywność rodzicielska i relacje w rodzinie są równie ważne jak dla nas. Dziś staniemy w obliczu wyzwania, jakim jest utrzymanie bliskości z dzieckiem, które staje się nastolatkiem. A o tym porozmawiamy z Marcinem Rosłoniem. To były piłkarz i mistrz Polski z Legią Warszawa, od prawie 20 lat dziennikarz sportowy, a dla nas, jak zwykle, przede wszystkim mąż i tata prawie 14-letniej Marysi. Cześć, Marcin!

– Cześć, dzień dobry.

– No twoje życie to sport, więc i o sport zahaczymy. Ale zaczynamy od tego kluczowego dla nas tematu, czyli co zrobić, kiedy nasze dziecko przestaje być dzieckiem, staje się nastolatkiem – jak utrzymać bliskość. Ja zapytam cię na początek, czy ty pamiętasz jakiś taki moment, kiedy jako tata zdałeś sobie z tego sprawę, że Marysia to już jest nastolatek, to już nie jest dziecko.

– Wiesz co, ja ten… Ten moment to trudno określić, że to jest jeden moment. Natomiast wiemy, że często albo nieczęsto, w zależności oczywiście od danego dziecka, te rzeczy rozgrywają się różnie pod kątem fizycznym i emocjonalnym. Myślę, że Marysia akurat była, jest, to wiem, dziewczynką szybko dojrzewającą. Bardzo wysoką, bo w tej chwili ma 14 lat niespełna, 9 marca będzie miała 14 urodziny, ale ma 1,75 m wzrostu, więc jest bardzo wysoka. I myślę, że nawet nie przez charakter, nie przez sposób bycia, nie przez emocje, czy stawanie się nastolatką, prawie już dojrzewającą małą kobietką, tylko właśnie przez tę fizyczność, która tak uciekła z takiego dziecka, które nosiłem na rączkach, które podnosiłem, przerzucałem i można było kompaktowo się z tym dzieckiem powygłupiać, pobawić, ponosić na rękach, że gdzieś to za szybko uciekło. I tego najbardziej żałuję. Czasami żartuję sobie z Marysią, że powinno być dostępne coś takiego, że raz w miesiącu możesz dziecko zmniejszyć na 24 godziny do rozmiaru, który po prostu wydaje ci się najbardziej taki kochany, wartościowy, wspaniały. Ja myślę, że właśnie Marysię taką pięciolatkę – bo często wracam do tego momentu z dziewięć lat temu, kiedy Marysia właśnie taka była w pełni oddana, serdeczna w przedszkolu i taka kompaktowa do przytulenia, do wygłupów, do zabawy, ale już na tyle duża, że można było gdzieś tam razem sobie pospacerować – żeby do takiego rozmiaru ją zmniejszać i odzyskiwać to dzieciństwo, które właśnie przez, myślę, że przez ten szybki rozwój, szybkie dojrzewanie tak błyskawicznie uciekło pod tym kątem czysto fizycznym.

– Ten czysto fizyczny aspekt to pewnie łatwo jest nam dostrzec, no bo zakładamy być może córce bluzkę i kiedyś to był rozmiar 98 i pasowało, a teraz jest 152 i trzeba wymieniać szafę. I nagle widzimy, że to już nie jest dziecko. A ten obszar emocjonalno-społeczno-relacyjno-duchowy – co tutaj sprawiło, że zorientowałeś się, że no tak, to już nie jest dziecko, to już nie jest przedszkole.

– Znaczy ja powiedziałem o tej fizyczności i szybkim dojrzewaniu Marysi też pod kątem tych naszych relacji, że jak Marysia stawała się coraz większa, no to trudniej było już tutaj o takie naturalne: bliskość, bo wiadomo, że pojawiła się menstruacja, pojawiły się, oczywiście, już w tym rozwoju jej jako dziewczynki takie obszary, że trudno już tak przygarnąć, złapać mocno, no bo tutaj coś boli, a bo to, bo tamto. No i tak trzeba było zacząć szanować – tak patrząc na nią, że nagle staje się wyższa od mamy – ją jako istotkę. Więc to też wpłynęło zdecydowanie na nasze takie relacje interpersonalne, na formę żartów. Natomiast jeżeli chodzi o to, co w głowie, to myślę, że jesteśmy teraz na krawędzi tych dwóch osobowości, które gdzieś tam się kreują, czyli z jednej strony takiej dziewczynki, która jest z nami, która położy się na kanapie, która się przytuli, która tutaj trochę się pieści, trochę jest siedmiolatką, dziewięciolatką, jedenastolatką. No a która nagle rano, kiedy wchodzi się do pokoju, albo wieczorem, kiedy jest w komórce, kiedy z kimś tam sobie pisze, z kolegami, z koleżankami, no to: „Tato, wyjdź! Mamo, wyjdź! To jest moja strefa, ja teraz coś robię”. Więc, oczywiście, nie chcemy tego nadwyrężać. Jest nam z tym trudno, bo byliśmy bardzo blisko i wciąż jesteśmy bardzo blisko z Marysią. Natomiast ja tak czuję, bo ja byłem taki ojciec, który dużo czasu spędzał – przez ten mój nienormowany czas pracy dziennikarskiej – razem z Marysią. Kasia wróciła dość szybko do pracy, to spędzaliśmy tego czasu mnóstwo i mnie ta rozłąka najbardziej boli. Dlatego szukamy różnych sposobów na to, żeby sobie to dzieciństwo z Marysią, czy nasze rodzicielstwo z Marysią przedłużać.

– Wiesz, ty teraz powiedziałeś, że byłeś ojcem, który z dzieckiem spędzał bardzo dużo czasu, a jednocześnie gdzieś w pierwszej twojej wypowiedzi poczułem, że nie tylko chciałbyś móc wrócić czasem ten czas, ten raz w miesiącu, żeby Marysia znowu była siedmiolatką albo pięciolatką i non stop się przytulała i do ciebie mówiła, przypuszczam, jak to z takimi dziećmi. Ale wręcz jest nutka jakiegoś żalu, że to już minęło, albo że nie wykorzystałeś tego czasu do maksimum. Czego tu jest więcej? W tym „żałuję”.

– Zdecydowanie tego, że tak szybko to minęło. Bo ten czas wykorzystywałem do maksimum. Gdy Maria miała różne pasje, to jeździłem z nią czy na jakieś tam zajęcia sportowe, w których odnajdywała się lepiej lub gorzej, czy w tę największą pasję, czyli jazdę konną. Nie było z tym żadnego problemu. Bardzo często też razem gdzieś we dwójkę wyjeżdżaliśmy. Mieliśmy przez prawie pięć lat na mazowieckiej wsi taki mały domek, do którego mogliśmy się wybierać właśnie przez ten mój nienormowany czas pracy czy przez te takie martwe okresy w sezonie piłkarskim, typu powiedzmy tam druga połowa grudnia, cały styczeń, jakiś czerwiec, połowa lipca. Wtedy my mamy takie niepisane wakacje, dzieci mają ferie, a jak dziecko było na poziomie przedszkolnym czy potem w klasach 1-3, a mieliśmy wspaniałą wychowawczynię, panią Jadwigę, która ceniła sobie to, że Marysia akurat w tym czasie chłonie naturę, jest blisko zwierząt, jest z nami, rodzicami. To zawsze mówiła. A Marysia nie miała zbyt wielu problemów w szkole na tym poziomie i wciąż nie ma, na szczęście, odpukać w niemalowane. To tutaj bardzo mocno cisnąłem, żebyśmy ten czas spędzali razem. I Marysia taka była. Ona była taka właśnie prorodzinna, blisko z nami, rodzicami. Oczywiście, wszędzie były koleżanki, koledzy, ale Maria miała tę wrażliwość, taką wielką do zwierząt, ale też nie była osobą, która rzucała się w wir znajomości: tu jedna koleżanka, tu drugi kolega. Raczej stała w emocjach i uczuciach. Podobna do mnie w tym względzie. Więc tego czasu spędzaliśmy bardzo dużo. Więc ten żal wynika tylko i wyłącznie z tego szybkiego dorastania i sprawnego dojrzewania.

– Byłeś więc pewnie, jeżeli możemy tak stwierdzić po tej wypowiedzi, zaangażowanym tatą. Mamy marzenie, żeby z każdym ojcem tak było, że będzie mógł sobie powiedzieć: „Nie żałuję, dałem z siebie wszystko”. Oby tak było. Matko! Dobra, ale teraz jeszcze pytanie o taką rzecz. Zaangażowany tata, który jest blisko ze swoim dzieckiem, w momencie, kiedy pojawia się okres dojrzewania, dorastania, to często zderza się ze ścianą ze strony swojego dziecka, czyli jakby nie poznawał tego człowieka, którego do tej pory miał w domu, a teraz to jest ktoś zupełnie inny. Były już takie momenty, kiedy dostałeś z liścia? Umownie. Kiedy została postawiona granica i ojcowskie serce łkało na myśl, że no to się już nie wróci?

– To znaczy jest tak regularnie, jak drzwi w pokoju Marysi się po prostu zamykają i tak się wydaje trochę tego dnia bezpowrotnie, że ona już przepada ze znajomymi. Ale cenimy to, że ona tych znajomych ma. Ona musi budować relacje. Jest dzieckiem popandemicznym, które w tej pandemii straciło bardzo dużo, jeżeli chodzi o relacje interpersonalne, międzyludzkie. Nawet teraz obserwuję to na poziomie klasy ósmej Marysi, czy wcześniej siódmej, kiedy już było po pandemii i wrócili do szkoły, to też tak dopytuję. Bo ja, oczywiście, cały czas Marysi staram się przekazać i dać do zrozumienia, że ja i mama też byliśmy w ósmej klasie, też byliśmy w siódmej klasie, też się wygłupialiśmy, też mówiliśmy do rodziców, że lepiej i inaczej wychowamy swoje dzieci, nawet wywrzaskiwaliśmy to w ich stronę. Ale że się bardzo o nią boimy, że się bardzo o nią troszczymy. Że naturalne, że jeżeli jest ze znajomymi gdzieś, nie wiem, poszli na kebaba czy do jakiejś kawiarni, czy włóczą się, powiedzmy, po boisku szkolnym, to żeby odebrała telefon, powiedziała, gdzie jest, a potem zniknęła na dwie, trzy godziny i dalej oddała się tej zabawie i tym przyjacielskim pogawędkom, niż żeby nie odbierała telefonu i traktowała to jako śledzenie, przymus, jakieś nerwowe reakcje z naszej strony. Ograniczamy je do minimum i rozumiem jak to działa, bo też pamiętam i bardzo dużo czasu spędzamy na tym, żeby rozmawiać o tym z Marią. Ale nienachalnie. Nie, powiedzmy, z poziomu ambony, kogoś, kto przemawia i stara się Marii powiedzieć, jaka powinna być racja, prawda i w życiu nastolatka jakie wartości. Tylko trochę ją tak podpuszczamy czasami, że rzucamy coś. Ja jestem bardzo zaczepny. Ja jestem taki trash-talking boiskowy, dziennikarski. Ja wychowałem się w piłkarskiej szatni. Jestem teraz w dziennikarskiej szatni. Ona trochę się różni od tej piłkarskiej, ale tak naprawdę to niewiele. Włącznie z dziennikarkami. Więc tutaj też pozwalamy sobie na żarty daleko posunięte. Ja jestem rodzicem przeklinającym. Przepraszam, zdarza się. Natomiast Maria zna te słowa i różne, więc rozmawiam: „Czy na przykład przeklinacie tam w swoim towarzystwie, jak rozmawiacie?”, albo przechodziłem koło pokoju i tam słyszałem, że jakieś…

– I nie słyszysz wtedy: „Tato, przecież ty też przeklinasz, weź”?

– Nie, nie, właśnie słyszę coś, co mnie bardzo buduje, że to jest szczere i naturalne. „No tak, przeklinamy, wiesz, bo to, bo tamto…” Ja mówię: „To spoko, to jest taki etap, że trochę się tym popisujecie, trochę się tym bawicie , trochę to poznajecie, tak sobie dodajecie jeszcze wieku”. Ja mówię: „W pełni to rozumiem, też robiliśmy różne głupoty”. Wiemy, że ten wiek 14+ to zaczynają się różne emocje jeżeli chodzi o uczucia, o miłość, o zauroczenia różnego typu czy ewentualnie obudowanie jakiejś swojej pozycji w grupie. Na każdym etapie tak jest. Od żłobka przez przedszkole, po te klasy pierwsze, aż, oczywiście, po liceum i studia, i całe życie. Natomiast no tutaj jest to bardzo intensywne, więc dlatego też Marię uczulamy. Trochę jako ojciec patrzę na nią jak na, oczywiście, swój skarb, ale też jak na dziewczynkę, czyli osobę, którą łatwo skrzywdzić, łatwo wyrządzić jej poważną krzywdę. Więc dlatego tak bardzo dużo też rozmawiamy. W dobrych momentach staramy się je wyłapywać z żoną, z Kasią, żeby Marię przekonywać do tego, żeby jednak, jeżeli ma coś skonsultować, to żeby zrobiła to z nami, że i coś podpowiemy, zasugerujemy, że ona będzie mogła podejmować te decyzje. Bo jak zostanie ze znajomymi, ze swoimi rówieśnikami, to i tak ona musi podjąć te decyzje. Czy wziąć bucha, czy zapalić papieroska tego jakiegoś liquidowego, takiego, śmakiego, owego, czy pójść tam, czy wejść tam, czy nie wejść itd. Ja mówię: „Maria, ja tylko mogę powiedzieć, czy to jest wartościowe, czy nie. Czy warto, czy nie warto. Natomiast ty będziesz stała przed tą decyzją, bo to pięć par oczu na ciebie będzie patrzeć i to pięć par oczu będzie od ciebie czegoś oczekiwać, żebyś to zrobiła jako element tej grupy. I albo z niej wypadniesz, albo w niej będziesz. No wszystko musisz zważyć ty, jako niedoświadczona dziewczynka jeszcze na tym świecie, gdzie wszyscy starają się za wszelką cenę w twoim wieku być na siłę za szybko dorośli, żeby podejmować te decyzje, które na pewno będą obarczone ryzykiem błędu i na pewno też będą nietrafione, ale trzeba się będzie na nich uczyć”.

– I Marysia słucha? Kiedy tak próbujecie nawet nie z ambony, ale siadacie z małżonką, chcecie coś ważnego poruszyć, to nie spotykacie się natychmiast z oporem, że: „No weźcie, znowu. Wiem. Jestem duża”.

– No spotykamy się, ale ten opór jest taki z przymrużeniem oka, bo Maria potrafi wrócić, albo sama z nami siada i rozmawia na jakiś temat, co się wydarzyło, co, kto, dlaczego, po co, na co. Oczywiście, wiadomo, ja jestem z piłkarskiej szatni, więc jest tajemnica szatni, nie mogę wielu rzeczy zdradzać.

– Jasna sprawa.

– Natomiast tak, porusza jakieś tematy, które dla niej stają się bardzo ważne albo ciekawe. Albo dopytuje, jak to działa, czemu tak i dlaczego, i po co. Nie jest to zbyt częste. Też nie chcemy się narzucać. Nie jest to naszą super wiedzą. Nie jesteśmy omnibusami, bo swoje w życiu przeżyliśmy. A ja jej opowiadam, jak to było w naszych czasach. A pytam właśnie, wracając do tego popandemicznego pokolenia tej młodzieży, ja mówię: „Siódma klasa, ósma klasa, czemu nie macie dyskotek?” U nas to były dyskoteki, jakieś przytulańce. My, oczywiście, z Marią też oglądamy bardzo dużo różnych seriali, rozmawiamy. Żona zajmuje się kulturą, sztuką, więc też ją zaraża pasją do wielu rzeczy. Mamy konia, kochamy zwierzęta, więc tutaj ten nasz rozwój jest taki wielowątkowy. Więc staramy się Marii, choć już dorosła i wygląda bardzo dojrzale, kobieco, to staramy się przedłużać jej to dzieciństwo i właśnie odzyskiwać, wyłapywać z niej to, co jest jeszcze dziewczęce, albo nawet dziecięce.

– Wiesz, jest taka teoria, w którą ja osobiście bardzo wierzę, mimo że jeszcze, jeśli chodzi o wiek moich dzieci, do tego momentu nie dotrwałem. To jest teoria, która mówi, że nasze dzieci nas potrzebują na absolutnie każdym etapie swojego życia, a już najbardziej nas potrzebują, jak są nastolatkami, mimo że sposób tej relacji i intensywność kontaktu zupełnie się zmienia. I jest ponoć tak, że jak dziecko zaczyna dojrzewać i stawiać te granice, staje się czasem opryskliwe, pojawiają się takie rysy na tej sielankowej dziecięcej relacji, to ojcowie czasem się wycofują z tą myślą, że no dobra, no skoro ona nie chce, to też no nie będę z buciorami wchodził. Natomiast mówi się, że właśnie wtedy z tymi buciorami trzeba wejść, tylko że nie w buciorach, tylko w mięciutkich bamboszkach, być gotowym w każdej chwili. No i o to teraz cię zapytam, bo to była ta sielanka, było to dzieciństwo, był ten czas, było to zaangażowanie. Teraz jest moment pod tym kątem relacyjnie pewnie trudniejszy, inny. Co ty robisz? Jakie ty masz te metody, jakieś zasady, którymi się kierujesz, żeby utrzymać bliskość z córką, żeby być z nią wtedy, kiedy zawiedzie się na pierwszej miłości, kiedy będzie decydowała o tym, czy zapalić dzisiaj, czy nie, czy pójść na dyskotekę, czy nocować u tego chłopaka. To będą kluczowe dylematy. No i ty gdzieś w tle. Co robisz? Jak to planujesz?

– Po pierwsze, jestem byłym sportowcem i chłopakiem wychowanym na blokowisku w latach 80. i 90., więc żadnych buciorów, żadnych bamboszy, tylko białe skarpety, klasyka gatunku, białe frotte skarpety po domu.

– Całe widoczne. He, he [śmiech].

– Tak jest, całe widoczne. Ale przede wszystkim cichutkie, cieplutkie, spokojne. Więc idealnie wpisuje się też w to pokolenie tych właśnie nastolatków, którzy, jak Maria mi pokazuje swoje kreacje, czy jak patrzę na ten zestaw, który jest niezbyt wyszukany, czyli popularne markowe adidasy, do tego szerokie portki, które mają swoją teraz oczywiście wyszukaną nazwę. Przy okazji jeszcze bluza z kapturem, długa koszulka oversize i na to kurtka puchowa, jakaś czapa i słuchawki na uszach. No to przypominam sobie siebie z lat 90., gdy maszerowałem czy do szkoły podstawowej, czy do liceum imienia Stefana Batorego, gdzie wiadomo, że trochę lansu też było. Ja byłem z biednej rodziny, z blokowiska, więc oczywiście nie mogłem dorównać tym, którzy nosili markowe ciuchy i byli super poubierani. Maria wychowuje się w innym środowisku, na więcej pewnie nas stać i więcej ma. Natomiast też bez przesady.

Ja się pakuję tak czasami w ten jej świat mały, który wyznaczony jest tam tymi czterema ścianami niedużego pokoju – ale swojego, co na pewno jest dla niej bardzo wartościowe – żeby porozmawiać, ale w taki sposób, że trochę się wygłupiam, trochę się rzucam gdzieś tam, jak ona leży, w nogi tego łóżka i mówię: „Nie, chwileczkę, pokażę ci sztuczkę”, bo ja bardzo szybko zasypiam. I kładę się gdzieś tam na boku i mówię: „Zobacz, licz do 60″. Ona mówi: „Tato, daj spokój, bo ja tu siedzę” itd. I nagle rzucam jakiś temat. Jak przetrwam tę pierwszą falę i tymi kopytkami swoimi mnie nie zrzuci z tego łóżka i mnie nie wygoni z pokoju, to wtedy zaczynamy sobie jakąś rozmowę. I widać, że właśnie jest ten opór materii, który ona sama przełamuje, czyli jak gdyby jest to pierwsze wrażenie – trochę straszy, żeby wynosić się, żeby wypadać z tej grizli pokoju, bo ona jest ważna. Ja mówię: „Dobra, zaraz coś odpiszesz, posiedzisz, pogadasz, połączysz się z kumpelkami, z kolegami. Dobra, ze starym ojcem chwilę sobie tutaj pogadaj, co słychać, co tu, co tamto, właśnie o różnych tych…”

– Czyli tak z przymrużeniem oka, trochę pół żartem, pół serio, tak się wciskasz w tę uchyloną szparę w drzwiach.

– Zdecydowanie, tak. To jest mój sposób na to, żeby właśnie w tym życiu uczestniczyć. I ja otwarcie jej mówię: „Marycha, jak mi żal, że po prostu no gdzieś to ucieka, że tak szybko, że to, że tamto. No nie bądź taka, pożartuj z tatą”. My mamy swoją taką piątkę, którą przybijamy zawsze. Ja myślę i czuję to bardzo, bo ja też jej jak powtarzam, ja mówię: „Słuchaj, ja wolę, żebyś ty mi powiedziała, co zamierzałaś zrobić albo co zrobiłaś głupiego, niż żeby gdzieś tam wpaść na tym, albo żeby to wyszło. No bo to zawsze wychodzi. Słuchaj, no myślisz, że jak byłem nastolatkiem, to nie próbowałem palić papierosów, to nie oszukiwałem rodziców, to nie spóźniałem się do domu, tu to, tu tamto? No robiłem te wszystkie rzeczy”. Więc jak gdyby to, co się dzieje, jak się denerwuję. Oczywiście, żona mówi na przykład: „Ty się nie denerwujesz? Dzwoń do niej, czemu ona nie odbiera”. Ja mówię: „Słuchaj, no przychodzi ten moment, że oczywiście się denerwuje, ale życia za nią nie przeżyję i wszystkiego za nią nie zrobię”. No muszę ufać i to budowanie tego zaufania opartego, oczywiście, na stresie, na wyczekiwaniu, zastanawianiu się, czy już zadzwonić, czy jeszcze powtórzyć to połączenie, czy napisać, czy jeszcze raz popchnąć kolejną wiadomość do niej: „O której wrócisz? Gdzie jesteś? Co robisz?”, żeby to nie było zbyt nachalne, ale takie, powiedzmy, na tyle neutralne, żeby chciała odpisać, żeby widziała, że nie jest osaczona przez nas – no to dużo mnie to kosztuje, ale staram się być taki powściągliwy. I choć kocham nad życie, no to zostawiam tę wolną przestrzeń.

– Znam różnych ojców. Znam też takich, którzy naprawdę byli gotowi poświęcić mnóstwo, żeby budować relacje ze swoim nastoletnim dzieckiem. Ale powiem ci, jesteś pierwszym ojcem, którego poznałem, który, żeby współdzielić pasję swojej córki – bo pamiętam, powiedziałeś mi to kiedyś, że to jest taka furtka do tego, żeby być z nią blisko, to jest ta pasja – to jesteś pierwszym ojcem, którego znam, który kupił dziecku nie pieska, nie kotka, ale kupił konia. No to dlaczego?

– Wiesz co, bo ten koń to jest piękne zwierzę. Wielkie, bo waży ponad 600 kilo i oczywiście to dodaje nam dodatkowego stresu, bo Maria z nim obcuje, to jest jej koń. Ja jestem kimś, powiedzmy, o DNA stajennego. Czyli ja lubię duże zwierzęta, nie boję się dużych zwierząt. Będąc na wsi, mieszkając na wsi, chodziłem codziennie na obrząd do naszych sąsiadów, którzy mieli 40 krów, byków i cieląt, a jeszcze nie byli na tyle zmechanizowani, że tam nie było takiej linii produkcyjnej, że mleko leciało różnymi rurami i tam z tych dojarek prosto do zbiornika, tylko trzeba było to nosić wiadrami. Więc ja po prostu cały czas uważałem i patrzyłem na Marysię, jak ona tam się rozwija, jak jest blisko tej natury, jak lubi te zwierzęta, jak też się ich nie boi. I oczywiście zaczęła swoją pasję z jazdą konną na takim poziomie już, powiedzmy, trochę zaawansowanym. To nie jest poziom jakiś nieprawdopodobnie zawodniczy, natomiast całe wakacje spędzone w stajni. I uznałem, że to jest coś ciekawego, żeby spróbować w życiu takiego doświadczenia. Oczywiście, pozbieraliśmy na to trochę pieniędzy. To nie jest koń wylicytowany z szejkami arabskimi na wielkiej aukcji za miliony monet, tylko raczej koń niskobudżetowy, jak przy zakupie samochodu niskobudżetowego jest tych samochodów czy koni 10 albo 100, albo 1000 i trzeba wybrać tego, który twoim zdaniem, czyli nowicjusza w branży, będzie miał najmniej wad ukrytych, które potem odkrywasz i się zastanawiasz, czy to pasuje. Oczywiście, tutaj mieliśmy trochę ograniczone pole manewru właśnie przez te warunki fizyczne Marysi, że ona szybko dojrzała, jest wysoka, czyli już musi mieć wyższego, większego konia do tego, żeby realizować swoją pasję czy skokową, czy ujeżdżeniową, czy jakąkolwiek. Natomiast to zdecydowanie nas zbliżyło, choć moja żona Kasia jest taka ciągle na dwóch biegunach – miłości i braku miłości do konia, bo nie powiem, że to jest nienawiść, tylko takie zniechęcenie itd., że coś nie wychodzi, bo Kasia nie jest koniarą. Kasia się boi dużych zwierząt i próbuje się przełamywać, ale to jest bardzo trudne, no bo to jest duże zwierzę, ono reaguje płochliwie. Ja to mówię trochę „kawał chłopa i jełopa” [śmiech prowadzącego] o tym naszym koniu, no bo on waży 650 kg, powinien być bombo-odporny i miażdżyć każdą mniejszą istotę na swojej drodze. Natomiast nie, on po prostu się boi. A jak się boi, to ucieka. A jak czuje, że ty się boisz, to się boi podwójnie, czyli ten stres się przekłada. Uczymy się tego wszystkiego.

– Marcin, ty kupiłeś tego konia z własnej inicjatywy, tak? Czyli to był twój pomysł, że widziałeś córkę, która to lubi i powiedziała ci kiedyś: „Słuchaj, a może tak koń?”.

– Myślę, że jak tutaj się kłócimy, czy posiadanie tego konia jest zasadne, rodzinnie, no to jest dwóch na jedną, czyli żona kontra my, bo ona twierdzi, że nie wie, czy to jest mądre, że ten koń nas, że zbankrutujemy przez niego. Natomiast my rzeczywiście jeździliśmy, dzwoniliśmy, zastanawialiśmy się, Maria przysyłała mi non stop jakieś ogłoszenia z tego rynku konnego, jaki koń jest do kupienia, gdzie daleko. Oczywiście też uczyła się map Polski dzięki temu, no bo jak wysyłała mi na przykład konia z Przemyśla albo z zachodnio-pomorskiego, to tłumaczyłem jej, że tam przejazd to będzie pięć albo sześć godzin samochodem. „A może mazowieckie?”, a ja mówię: „Spójrz, jakie są województwa w Polsce, dzięki temu też podszlifujesz geografię”. Więc potem rzeczywiście zawęziliśmy te nasze poszukiwania i ostatecznie koń przyjechał spod Lublina, więc całkiem blisko do Warszawy, a przynajmniej dobra droga. No mamy go już ponad pół roku i… No i tak, jest to bardzo ciekawe doświadczenie, na pewno bardzo przywiązujące, inspirujące, ale wymagające dużo poświęcenia, bo niejednokrotnie po 16.20, gdy Maria kończy lekcje, jadę do niej z jakąś taką nowoczesną menażką wypełnioną czy zupą, czy makaronem, czy jakąś strawą, albo Kasia, bierzemy ją do stajni, tam ona oczywiście gdzieś po drodze… Stajnię mieliśmy trochę dalej, gdzieś 40 minut jazdy samochodem od mieszkania. Teraz mamy bliżej, 10 minut, co niestety bardziej słono kosztuje. No takie są realia. I tu wtedy Maria spała w tym samochodzie, potem się budziła po zaliczeniu tej drzemki. Wysiadaliśmy, maszerowaliśmy do konia. Dwie, trzy godziny, no bo to trudno wyjść i wracaliśmy tutaj po 21.00, po 22.00. No i nagle trzeba było pomyśleć też o tym, że są lekcje do odrobienia, że jest jakaś praca domowa do zaliczenia.

– A co ty robiłeś, Marcin, ty czy twoja małżonka, w czasie, kiedy Marysia jest na koniu, trwa to dwie albo trzy godziny, a ty jesteś 40 minut od domu z autem. I co?

– Słuchaj, ja lubię naturę i ja zawsze mam coś do zrobienia sportowego. Ponieważ to też nie działa tak, że Maria sama się zajmuje, choć tak było, oczywiście, jest w dużej mierze. Ale „A przytrzymasz mi coś? A przyniesiesz mi coś?”, tak żeby trochę przyspieszyć całe to działanie. „Potrzymaj mi go” albo „Zaprowadź go na myjkę”, albo „Zróbmy coś razem”. Więc tam to jest bardzo dużo rzeczy do zrobienia wspólnie albo osobno w imię właśnie tego naszego konia. Koń ma na imię Promil, to nie jest nasze imię, co zrobić. Też musieliśmy Marii tłumaczyć, czym jest „promil”, poza tym, że jakąś tam częścią procenta, to wiadomo z czym się…

– …ale jeździ w miarę prosto?

– Jeździ w miarę prosto [śmiech], tak, na czterech nogach, na czterech kopytach, więc jest okej. Natomiast ja często, jak Maria na przykład zajmowała się końmi i miała jakiś trening zorganizowany z na przykład jakąś trenerką, no to szedłem sobie na spacer do lasu, czy na marszobieg, czy robiłem trening. Albo po prostu jestem na tym treningu. Najczęściej jestem na tym treningu, noszę te wszystkie drągi, ustawiam przeszkody, żeby pomóc, bo ja nie lubię bezczynnie siedzieć. Zew sportowca się we mnie odzywa. No to zawsze jakieś tam ćwiczenie dodatkowe na biceps, takie nieplanowane, a może zaprocentuje na plaży w sezonie letnim. Natomiast ja jestem tak, żeby to uprościć, od kup, od gnoju, od trudniejszych zadań, od brudnej roboty. Czyli to DNA moje stajennego jak najbardziej jest przydatne. Ja się tego nie brzydzę, nie boję, wręcz mi to nie przeszkadza. Między końmi przechodzę, zbieram, co trzeba, jakiś balast, zrzucam to do pojemnika. Więc tutaj spędzamy ten czas razem.

To jest super, że jeżdżąc razem do tej stajni, też mamy bardzo dużo czasu na to, żeby posłuchać playlisty Marysi, żeby porozmawiać o tym, czego się słucha. Maryśka teraz słucha akurat amerykańskiego i brytyjskiego rapu i hip-hopu, więc akurat mamy tutaj taką fajną nić porozumienia, no bo ja wychowałem się na amerykańskim hip-hopie w latach 90., czyli Public Enemy, gangsta, N.W.A, Das i różne oczywiście Tupaci. No więc tutaj jeszcze Tupaca Marysia słucha, jakąś piosenkę gangsta ma. Natomiast teraz pojawiły się nowe pokolenia nowych raperów. No ale przynajmniej tutaj sobie puszczamy tę playlistę i nie ma takiego czegoś: „Wyłącz, to za głośno”. Pamiętam, że w moim dzieciństwie pewnie by tak było: „Tego się nie da słuchać!”. Wręcz przeciwnie. Tak trochę spoglądam na nas jako na rodziców, którzy mają bardzo dużo tych cech wspólnych z tym pokoleniem, bo lata 90., lata 80. to wraca jakiś serial „Stranger Things”, który oglądaliśmy cztery sezony razem, pewnie ze trzy razy z Maryśką, tłumacząc jej zależności oczywiście w latach 80. między bogatą, zamożną Ameryką, a superbiedną, socjalistyczną Polską. Więc dla niej to też na pewno było bardzo ciekawe doświadczenie.

– Czy pasja u nastolatka i jej współdzielenie, jeżeli my jako rodzice współdzielimy pasję z nastolatkiem, to jest sposób na poszukiwanie tych punktów stycznych, żeby tę bliskość utrzymać, żeby te relacje utrzymać?

– Na pewno. Tylko nie da się tego zrobić na siłę, nie da się tego zrobić na skróty. Nie da się zrobić czegoś takiego, co będzie bardziej twoją pasją, do której będziesz przekonywał dziecko, a też nie pójdziesz za wszelką cenę. Ja też nie chcę na siłę jeździć na tym koniu, bo to jest koń Marysi. Ja wiem, że często są konie jednego jeźdźca i on właśnie takim jest, czyli on musi mieć swoją właścicielkę, osobę, która traktuje go bardzo delikatnie i stanowczo zarazem, więc to też u Marii mi się podoba. Na pewno łączy nas to podejście do wychowania konia, bo jak sobie zdajesz pewnie sprawę, jeżeli chodzi o zwierzęta, o psy, o konie, o krowy i inne zwierzęta, jest różne. Ludzie mają różne na to pomysły. My tak trochę go rozpieszczamy, ale też oczywiście wiemy, że on ma służyć do jazdy konnej. Uczymy się tego, żeby troszeczkę te uczucia odsuwać, żeby zmieniać proporcje między taką wielką miłością do zwierzęcia, a jednak tym, że czegoś od niego chcemy. Bo on najchętniej by biegał pewnie po jakiejś łące, padoku i miał wszystkich w nosie i wszystko w nosie, a jednak jest jakaś robota do wykonania dla niego ciekawa albo mniej ciekawa, ale wartościowa dla Marysi. I tyle. Uczymy się tego razem i lubimy ten czas spędzać razem, choć dziewczyny, jak jeżdżą, to czasami wracają gdzieś tam ze sobą pokłócone, ale potem stwierdzają, że ten czas był super. Całe wakacje właściwie poza tygodniem nad morzem spędziliśmy w stajni i to był ekstra, ekstra czas, tak dużo czasu razem w żadne wakacje do tej pory nie spędziliśmy. Tak świadomie, bo wcześniej, jak Marysia była maluteńka, to siłą rzeczy była z nami non stop.

– Powiedziałeś o tych wspólnych podróżach do stajni i z powrotem. Ja znam jednego ojca, który w ten sposób, w sposób naturalny stwarzał przestrzeń do tego, żeby być ze swoim synem. Syn właśnie też wchodził w okres dorastania i oni mieli dokładnie 40 minut w jedną stronę do jego szkoły. I mówił mi o tym, że to był czas, kiedy wyłączali radio i mieli go spędzić ze sobą. To nie było narzucone, że tata przyszedł i: „A powiedz synu, co tam u ciebie, w kim się zakochałeś”. No nie, to nie miało takiej narzuconej formy. I u nich to się bardzo sprawdziło, bo nawet jeżeli czasem milczeli całą drogę, to bywały też takie dni, kiedy rozmawiali i poznawali i siebie, i życie, i był czas na wszystko. Więc do mnie to trafia, a czasem żałuję, że mam tak blisko z moimi dziećmi do szkoły, bo to są trzy minuty. No to niedużo się wtedy wydarzy. Piosenkę zaśpiewamy. Zapytam cię jeszcze o sport. Czy w tobie, w sportowcu do krwi i kości, i z obu spojrzeń – i jako sportowiec czynny, kiedyś zawodowy, teraz sportowiec amator czy półamator, nie wiem jak o tobie prawidłowo powiedzieć, a dodatkowo zaangażowany w sport w pracy zawodowej – czy ty masz takie myśli, ambicje, żeby Marysia kiedyś była najlepszym dżokejem w Polsce albo kimś innym, ale generalnie związanym ze sportem i osiągała sukcesy w tym zakresie?

– Nie, nie, to zupełnie nie. Ja, oczywiście, jestem ze sportu wyczynowego, ale z takiego sportu wyczynowego, w którym to było moje. Ja po prostu nie chcę przerzucać tego, co było moje na moje dziecko, bo to nie jest jej. Ona ma inny charakter, inne podejście, inną pasję. Ona też jest uwarunkowana wieloma sprawami. Ja grałem w piłkę od dziecka, zawsze. I to było łatwe hobby, i proste hobby, i tanie hobby, bo tylko moje hobby. Zdarta piłka albo piłka zrobiona z czegokolwiek, kopanie puszki, cegły, wszystko się dało z kamienia kopać. I ja po prostu w tym przepadłem. To okazało się, że jestem w tym dobry, że była zbieżność moich oczekiwań, moich umiejętności z tym, co z tego wyszło, czyli koniec końców Mistrzostwo Polski, ale też wiele, wiele tysięcy godzin spędzonych na treningach.

I nie, nie, nie przerzucam tego. Natomiast jestem bardzo stanowczy, nieprzejednany, ciężko mnie wymanewrować, że ktoś jest zmęczony czymś, albo że coś boli. Nie, nie, to u mnie nie przechodzi. Jak boli, to rośnie, mam takie podejście, że jak trochę boli jeszcze staw skokowy, to trzeba założyć ochraniacz albo zrobić mocniejszego tejpa i wyjść na trening. Maria jest w klasie sportowej o profilu piłka.

– To są nasze czasy, 80., 90. lata. To my tak robiliśmy zawsze, tak.

– Tak jest. Ale Maria jest w klasie sportowej o profilu piłka ręczna i nie ma narzekania, raczej nie ma zwalniania. To też nie jest sport, który jest wielką pasją Marysi, bo Marysia jest raczej bezkontaktowa. Nie lubi tego kontaktu, nie lubi aż takiej zaciętej rywalizacji, nie przepychała się nigdy łokciami, raczej szukała ataku kombinowanego, bezkontaktowego niż jakiegoś takiego twardego zwarcia. Są takie dziewczynki, bo byłem na kilku turniejach razem z jej klasą czy ze szkołą. No i widziałem, że po prostu gdzieś tam te dziewczyny, którym się ta piłka ręczna podoba jako pasja, tak jak Marii jazda konna. No bo wiesz, zaprosisz dziewczynkę na konia i ona, oczywiście, stwierdzi: „Ach, pięknie, konik”, bo oglądała Meridę Waleczną. No i dzięki temu tamten Angus zrobił na niej niesamowite wrażenie. Natomiast potem stwierdzi: „No nie. Koń brzydko pachnie, w stajni nie jest za czysto, mam brudne ręce, to jest duże zwierzę, trochę się go boję”. Więc tutaj naprawdę trzeba trafić z pasją w punkt. Maria z nią trafiła. Nie mam żadnych oczekiwań, bo to zależy od niej. Oczywiście, uczę ją odpowiedzialności za ten nasz wybór, za tę naszą decyzję, za zakup konia. Czyli jak się nawet nie chce, to ją mówię: „No nie, no!”, albo mówię stanowczo, że jedziemy. No i to się przełamuje. Bo jak już widzimy tego konia, już do niego przyjedziemy, choć czasami mi też się nie chce, wiadomo, to wtedy jest bardzo fajnie. Tak jak wczoraj na przykład, poszliśmy po niego na padok. Padok – oczywiście, wieje wietrzycho, pada śnieg, nie jest za ładnie. No to zaprowadzimy go na karuzelę, żeby chociaż połaził, pokręcił się, bo akurat teraz czekamy na nowe siodło, bo to też są, oczywiście, wiadomo, gadżety i gadżeciki. Tamto stare było po starym właścicielu, który był większy od Marysi. Siodło uciskało konia, przez pół roku dawało jakąś tam bolesność. No więc to odkryliśmy. Teraz czekamy na nowe siodło, które już jest robione na miarę na niego, żeby było komfortowo i pod Marię bardziej. I pod konia, i pod Marię, co może wznieść ją na jakiś delikatnie wyższy poziom. Ale myślę, że to jest taka bardzo ambitna rekreacja, tak bym to określił w przypadku Marysi, oczywiście, z oczekiwaniami takimi, że Maria pojedzie na jakieś zawody. Ale to chyba nie jest Cavaliada, to nie są Mistrzostwa Polski. To jest raczej sprawdzenie się na jakimś poziomie regionalnym, sprawdzenie się z koniem, przejechanie, poczucie magii tego wydarzenia.

Zapytaj się, jakim jestem sportowcem. Jestem takim sportowcem już teraz amatorem, że w ubiegłym roku – jest taki piękny bieg przez Tatry, nazywa się Bieg Ultra Granią Tatr – pojechałem na ten bieg ze znajomym, który brał w nim udział. Ja w 2013 roku, gdy była pierwsza edycja, przebiegłem ten bieg i zrobiłem z tego reportaż. Jeszcze z kamerą biegłem. Więc te 70 km przez Tatry to mam w sobie jako wielkie przeżycie. Natomiast teraz pojechałem, bo brakowało mi tych emocji, tej adrenaliny, tych ludzi, spotkania ich, pobycia z nimi, nawet bez szans na to, że pobiegnę w tym biegu. Koniec końców pobiegłem, bo były zwroty pakietów na cztery godziny przed startem, który był w środku nocy, bo o 4.30 z Doliny Chochołowskiej.

– A ty przypadkiem akurat miałeś buty.

– A ja miałem, bo ja postanowiłem pojechać tam super przygotowany ze sprzętem obligatoryjnym, folią NRC, kurtką, czapką, rękawiczkami na wypadek tam burzy w wysokich górach i jakimiś tam dwudziestoma złotymi.

– Marcin, przestań! Wcale nie jechałeś tam po to, żeby popatrzeć na kumpla, bo już ty marzyłeś o tym, że się zwolni miejsce [śmiech]. No dobrze, no i pobiegłeś?

– Ale nie, właśnie nie, właśnie wiedziałem od początku, że nie dam rady, no bo po prostu znam swój organizm. Słabej formy nie oszukasz, jeszcze w takim biegu, który wymaga od ciebie godzin przebiegniętych kilometrów i przede wszystkim mocy. Tego nie miałem. Natomiast w pełni świadomie powiedziałem organizatorkom, że będę zamykał trasę, będę biegł najwolniej, nie dobiegnę nawet do pierwszego punktu kontrolnego na Hali Ornak, ale chcę przeżyć świt, chcę przeżyć ten start, wyjazd autokarem o 3.00 z tymi zawodnikami.

I myślę, że w Marii też jest ta chęć, taka właśnie poczucia tej rywalizacji, ale nie takiej chorej, tylko takiej zdrowej, sprawdzenia się z tymi dziewczynkami, które też przyjadą tam czy ze swoimi konikami, czy na innych koniach, żeby właśnie poczuć też trochę magię takiego fajnego skokowego, czy jakiegoś tam ujeżdżeniowego, ale turniejowego święta. Mieliśmy taką pasję też hobby horsing. Przez chwilę pierwszego hobby horsa sam Marysi uszyłem, bo mieliśmy taką wielką maskotkę zebry, a była pandemia. Ja wiem, Maria, no na razie.

– Horsing to jest ten taki konik na patyku, z którym się skacze przez udawane przeszkody?

– Tak jest, tak. Taka namiastka jazdy konnej. Jak ludzie sobie z tego żartują, czy gdzieś tam widzę jakieś różne rolki, głównie dziewczynki biorą w tym udział. Ja byłem na zawodach, jeździłem z Marią na różne zawody. Oczywiście, Maria tam zajmowała jakieś przeciętne miejsca, ale najważniejsze było to, żeby tam pojechać, żeby się przygotować, żeby zobaczyć, co fajnego można tam stworzyć, kupić. Potem Maria sama szyła te hobby-horsy. Więc wokół tego… i to jest też trochę takie przedłużenie albo rozpoczęcie wielkiej pasji do posiadania konia, bo te dziewczynki, po pierwsze, wszystko wiedzą. Znają całą terminologię. No bo w tym małym koniku na patyku – on jest odwzorowaniem takim stuprocentowym dużego konia, czyli ma ogłowie, ma kantar, ma jakieś inne te wszystkie gadżety, jak uwiąz, to, tamto, ma pięknie zaplecione warkoczyki jedne i drugie, wszyscy znają wszystkie maści tych koni. I do tego wszystkie chody konia. Wiedzą, jakie są przeszkody, jakie są odwzorowane konkursy, na przykład z Cavaliady, czyli wielkiej imprezy konnej, która inspiruje dzieciaki, które zarażają się tą pasją konną. Więc jeździliśmy tam i ja uważam, że to było tylko dobre. Dziecko było w ruchu, dużo skakania, dużo biegania, dużo różnej aktywności i to takiej niewymuszonej, bo związanej z pasją. Teraz czas na inną. Mamy żywą istotę w naszej rodzinie, ale też rozmawiamy o tym, czy to jest koń, którego będziemy mieli zawsze, czy jak Marii się znudzi. To też rozpatrujemy, no bo mogą przyjść za chwilę na poziomie liceum czy studiów, które za pasem – 14 lat minęło jak z płatka, więc spodziewam się, że następnych kilka będzie mijało jeszcze, jeszcze szybciej.

– Wiesz, ten czas mija. Kiedyś było tak, że pewnie jako tata, jak każdy tata ma ten przywilej, żeby być absolutnie wszystkim, być alfą i omegą, i ostatecznym punktem odniesienia, to się zmienia z czasem. Wszyscy o tym wiemy, my już jako dorośli ludzie. A kim ty byś chciał, powiedz na koniec, dla Marii pozostać, czyli z tego dziecięcego tato-przytulenia? Kim będziesz? Podeprę się tutaj taką teorią. To znajomy psycholog zawsze mówi, że dziecko, jak jest w wieku od 0 do 5 lat, trzeba traktować go jak króla, potem, jak od 5 do 15, trzeba traktować jak sługę, przy czym, uwaga, bardzo dobrze opłacanego sługę. To brzmi dziwnie, ale on ma za tym dobre argumenty. A po 15 roku życia on mówi, że dziecko pozostaje naszym przyjacielem. To jest jego teoria. Mnie się podoba, jak ty to widzisz, kim ty byś chciał być za te 5-10 lat?

– No tak chciałbym, myślę, że do 15 roku życia Maria jest moją królewną, a od 15 roku życia królewną przyjaciółką. Tak chciałbym, żebyśmy się traktowali. Oczywiście z poszanowaniem tego, że jesteśmy z Kasią jej rodzicami. Natomiast dążę do tego, żeby Maria zawsze wiedziała, że może na nas polegać, że ona będzie na pierwszym miejscu, jej oczekiwania i potrzeby. Nie na wariata, nie za wszelką cenę, nie zawsze, bo Maria też wszystkiego nie ma i nie dostaje, bo jesteśmy rodzicami, którzy no nie są zbyt konsekwentni w działaniu, ale czasami bywają konsekwentni i Maria też rozumie, na czym ta cała zabawa w życie takie rodzinne, domowe polega. Nie ciśniemy nadmiernie szkoły, mamy inteligentną córkę, ale liczymy na to, że dużo rzeczy też da się załatwić samemu. Sami nie byliśmy, przynajmniej ja, będę mówił w swoim imieniu, żeby potem Kasia nie miała do mnie pretensji, że ją wciągam. Ja cały czas Marii powtarzam, że najważniejsza w życiu jest pasja i ona cię ukierunkowuje, więc teraz Maria zastanawia się, czy na przykład pójść do szkoły technikum tutaj lokalnego, które ma klasę o profilu hodowla koni albo weterynaryjną, czyli będzie blisko tej pasji. Ja jestem w pełni „za” i mówię jej, że po pięciu latach będzie miała zawód i będzie mogła świadomie podejmować jako 19- czy 20-latka decyzję, czy chce studiować, czy chce już po prostu założyć coś takiego. Ja mówię: „Słuchaj, za pięć lat masz bardzo dobrego stajennego, który trochę w życiu przeżył, trochę się na sporcie zna, trochę poznał duże zwierzęta. Będziemy o pięć lat bardziej doświadczeni, będziemy mogli pomyśleć o czymś więcej, a może w tym biznesie zrobimy coś jeszcze ciekawego, a ja mówię, niekoniecznie wielkiego, ale takiego, co sprawi, że będziemy mogli się utrzymać, funkcjonować i być blisko tych zwierząt i kontynuować swoją pasję. Jestem do dyspozycji, jak będziesz chciała takiego stajennego czy takiego pomocnika, to dzwoń”.

– Marcin, tu stawiamy kropkę. Bardzo ci dziękuję i życzmy sobie tego, żebyśmy mogli faktycznie z naszymi dziećmi przeżyć ręka w rękę całe życie, nawet w tych trudnych momentach. Dzięki, że zgodziłeś się na rozmowę.

– Spoko, wielka przyjemność, bo ja lubię i rozmawiać z Marią, i lubię rozmawiać o Marii, więc to naprawdę było bardzo przyjemne. Jeżeli Maria sobie odpali ten podcast, no to nie wiem, jakie będą tego efekty, co ona sobie o tym pomyśli, ale mam nadzieję, że przyjdzie i powie: „Tato, no dobra, jest okej”.

– Jakoś było.

– Jakoś będzie, jakoś to będzie, tak.

– Dzięki, Marcin.

– Dzięki.